niedziela, 29 marca 2020

Czy kina zostaną pokonane przez platformy VOD?


Dziwne czasy nastały. Nie sądzicie? Czasami nie mogę uwierzyć, że mam lekcję online. I to nie zajęcie językowe, tylko matematykę. Nastał taki czas i musimy przez niego przebrnąć. Pustki na ulicach, pustki w godzinach szczytu. Cały świat siedzi w domu. CAŁY. Jimmie Fallon Show kręcony w domu. Konwenty albo odwołane, albo również internetowe. Każdy może poczuć się jak w hali wystawienniczej, w swoim domu. Kina podupadają, oby to nie był ich koniec.  Dzisiaj chciałbym jednak skupić się na ludziach, którzy zarabiają na tym bardzo dużo niestety na rzecz kin.  Platformy streamingowe. Firmy, których jest dużo na rynku, a ciągle nowe się tworzą. W tych trudnych czasach dużo osób postanowiło nie czekać na ponowne otwarcie sal kinowych, tylko przerzucić swoje produkcje na platformy (mówię tu o Polsce, bo nie znam tytułów o podobnym losie w innych krajach. Wiem natomiast że wiele produkcji zagranicznych postanowiło przełożyć premierę, aby móc wypuścić swoje dzieło w świątyni filmu, jaką niewątpliwie jest kino.). Przykładem może być film Jana Komasy ,,Sala samobójców. Hejter”, który trafił na Playera, czy ,,W Lesie Dziś Nie Zaśnie Nikt” Bartosza Kowalskiego. Nie jestem zadowolony z tego, że owe filmy zostały zestawione, bo oba dzieła (jeżeli ten drugi tytuł mogę tak nazwać) dzieli ,,przepaść”, poza tym to dwa różne rodzaje kina.
W każdym razie pytanie, które chcę sobie zadać, to czy naprawdę Netflix, HBO, Amazon Prime, Apple TV+, etc., czy platformy streamingowe są w stanie zgasić więcej niż stuletnią tradycję i historię kina? Czy wygoda, spokój własnego mieszkania i ogólnodostępność, pokonają niepowtarzalny klimat i wyjątkowość oglądania filmu w Sali kinowej? (Oczywiście szanuję produkcje,Zastanówcie się proszę na tym. 


które są na platformach VOD, ale wicie, tu chodzi o tradycję) To, że idziemy na konkretną godzinę, wyciągamy siebie z domu, pokazuje jak bardzo nam zależy i sprawia, że wyjście do kina jest pewnego rodzaju celebracją, która nadaje niepowtarzalny klimat. Co z tego, że niestety może ktoś wam popsuć odbiór przez chrupanie, szeleszczenie czy zbyt głośne rozmowy. To wszystko jest łagodzone przez klimat. A tak na marginesie, nie które platformy nie szanują Polskiego widza(khym, khym Disney +, khym, khym).

Natomiast moja odpowiedź brzmi: ,,nie". Kino z tej sytuacji wyjdzie obronną ręką. Mimo że pewnie trochę ludzi, która cały czas była przy kinie, pozna nowe możliwości oglądania dzieł filmowych. Co z tego? Przypomną sobie o niepowtarzalności oglądania filmów w kinach. Ta o to tradycja nie zostanie zapomniana:



(Jeżeli będziecie chcieli materiał o historii platform VOD, napiszcie w komentarzu)

Animacja poklatkowa


Każdy z nas dobrze zna animację z Myszką Miki, która steruje parowcem. Jest to fragment jednego z pierwszych filmów z tym bohaterem, stworzonych przez Walta Disneya ,,Parowiec Willie”. Znamy ją czy to z samej kreskówki czy z innych bajek Disneya, do których ten fragment stanowił razem ze znanym zamkiem, intro. Jednym z prekursorów tego stylu jest Leon Gaumont, uzyskał on w roku 1900 francuski patent na animację poklatkową. Gdyby nie jego dzieło, nie poznalibyśmy takich postaci jak śnieżka, Kaczor Donald czy nawet Ezra Bridger, on co prawda stworzony był już komputerowo, ale gdyby nie podwaliny, może nie było by i tej postaci.
                Animacja poklatkowa polega na łączeniu różnych klatek, na których obiekt jest nieznacznie zmieniony. Kiedy połączymy wszystkie klatki i puścimy je w dosyć szybkim tempie jedna po drugiej uzyskamy wrażenie ruchu. Oprócz filmów ten rodzaj animacji używa się w nauce. Można w ten sposób dokumentować i przedstawiać wzrost roślin w kilka sekund, który w rzeczywistości trwa kilka dni, albo i tygodni. W tym wypadku poszczególne klatki stanowią zdjęcia z różnych okresów wzrostu rośliny.
                Sam również tworzyłem kilka razy animacje poklatkowe. Poniżej macie tego przykład. Zapraszam do oceny i konstruktywnej krytyki w komentarzu.


Przed wami:
Lego Star Wars Story: Bułka z masłem

niedziela, 8 marca 2020

Charakteryzacja, czyli zmiana nie do poznania


Do niektórych filmów aktorzy muszą się porządnie przygotować, ale nie mówię tu o nauczeniu się roli. Czasami gwiazdy zmieniają się nie do poznania. Christian Bale jest mistrzem przemian, związanych z wagą. Potrafił on w sześć miesięcy zmienić się z wychudzonego bohatera ,,Mechanika”, w napakowanego Bruca Wayne alians Batmana z filmu ,,Mroczny Rycerz Powstaje”. Dzisiaj jednak, chciałbym poświecić czas niesamowitym metamorfozom, które nie byłyby możliwe bez niesamowitych charakteryzatorów.

Boris Karloff
                Pierwszy na liście, jest Polak. Twórca firmy Max Factor (nazwa pochodzi od jego imienia i nazwiska, miał również syna o tym samym imieniu, który po śmierci ojca rozwinął kosmetyczne imperium) oraz pojęcia make-up, używanego przez miliony ludzi. Jednym z jego największych osiągnieć, była niesamowita charakteryzacja aktora Borisa Karloffa, w roku 1931, do roli potwora, stworzonego przez doktora Frankensteina.


                Następna na liście jest charakteryzacja, stworzona na aktorze, którego wielu lubi, ale też wielu nie cierpi. Mówię oczywiście o Jimie Carreyu. Charakteryzowanie go do roli Grincha z filmu Grinch: Świąt nie będzie, zużywało setki kilogramów zielonej farby i lateksu. Twórcą tego dzieła jest Rick Backer (laureat 5 Oscarów) i jego firma (60 charakteryzatorów dziennie na planie filmowym).
                Kolejna bardzo dobra charakteryzacja, pochodzi z wielkiego uniwersum, w którym o piękne stroje i różne ciekawe metamorfozy aktorów nietrudno. Ja chciałbym się jednak skupić na pierwszej części sagi Gwiezdnych Wojen, Mrocznym Widmie. A dokładniej na charakteryzacji Raya Parka do roli Dartha Maula. Niestety twórców jej nie mogłem znaleźć. Ale mogę wam zdradzić, że najwięcej trudu sprawiło to, aby dzieło nie spłynęło z aktora podczas scen kręconych na pustyni.

                Ostatnia w tym zestawieniu charakteryzacja, to dzieło zrobione na Ronie Perlmanie, przez Jaka Garbera. Który tworzył oblicze wielkiego (naprawdę i w przenośni), Hellboya. Jak sam mówi dzień na planie zaczynał się wcześnie, ponieważ proces przygotowywania oblicza ,,piekielnego chłopaka” trwał od początku pracy do końca, około czterech godzin. W tym jednak było około półtorej godziny przerw. Pierwszą przerwę, kiedy aktor szedł się przejść, reżyser Guillermo del Toro, nazywał ,,teletubby stage” (tł. etap teletubisia).      

Jak zawsze, pamiętajcie, że to tylko odsetek wielu świetnych prac charakteryzatorów. Mam nadzieję, że was zainteresowałem i że sami poszukacie innych utalentowanych artystów w tej dziedzinie. Napiszcie w komentarzu, o kim zapomniałem.

źródła zdjęć: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wikipedia:Strona_g%C5%82%C3%B3wna
            

sobota, 7 marca 2020

Film z dubbingiem, czyli nie zawsze najgorsza wersja filmu


Wielu ludzi narzeka na polski dubbing. Mówią, że jest nie dopasowany, bądź po prostu tracimy w ten sposób walory głosowe oryginalnych aktorów. I mają te osoby pełną rację. Bo niestety, pośród przełożonych kwestii, bardzo często giną nawiązania, a aktorzy ,,mówiący” jako dana postać, mimo swojego wielkiego talentu, po prostu nie pasują do bohatera. Mimo tego jednak, mam dla was dzisiaj przygotowane cztery przykłady, na to, że wielu reżyserów głosowych tworzy wersje z naszym narodowym językiem, lepsze od oryginalnych (dla polskiego widza), przez różne nawiązania, bądź przez bardziej przemyślane wykorzystanie potencjału sceny. Od razu zaznaczam, że sceny, które dzisiaj wam przedstawię to mały odsetek całego zbioru różnych nawiązań do polskiej jak i europejskiej kultury, polityki i życia, dostępnych w naszej ojczystej wersji językowej.

                Zacznijmy od klasycznej bajki opowiadającej o mitologicznym półbogu, Herkulesie. Po domniemanej śmierci syna Zeusa, w starciu z Hydrą, triumfujący Hades w oryginalnej wersji mówi: ,,Gem, set, match”. Jest to nawiązanie do tenisa, ale również gra słowna, polegająca na tym, że bóg zapala podczas mówienia cygaro. Set po angielsku może oznaczać również podpalić, a match zapałkę. W polskiej wersji mamy natomiast: ,,Przybyłem, zobaczyłem, zapaliłem”. Nawiązujące do wypowiedzi Gajusza Juliusza Cezara, kiedy ten zdobył Galię.

                Drugi przykład, pochodzi z filmu Auta 2, uznawanego przez wielu, za zły film. Nie zgadzam się z tym, ale dzisiaj nie o tym. Mianowicie, kiedy Sean McMission pyta Złomka dla kogo ten pracuje. Nasz miły holownik w oryginalnej wersji językowej odpowiada, w wolnym tłumaczeniu: ,,Powiedzmy, że jestem powiązany z AAA”. Jest to skrót od American Automobile Association. Czyli amerykańskiej motoryzacyjnej organizacji non profit. W polskiej wersji słyszymy: ,,Ma się te kontakty w CPN, to ci ujawnię.” Jest to skrót starej nazwy Orlenu. Zastosowanie tej zmiany miało na celu, zamianę mało znanej w Polsce organizacji motoryzacyjnej. Na bardzo znaną Polskim obywatelom.

                Trzeci w dzisiejszym zestawieniu film to Shrek. Kochana przez wielu bajka, zawierająca różne podteksty, jak i nawiązania, w najróżniejszych wersjach językowych. Dzisiaj chciałbym powiedzieć o jednej ze scen z trzeciej części serii o pewnym interesującym ogrze. Na początku filmu, kiedy to Osioł wbiega do sypialni Shreka i Fiony, z jego ust możemy usłyszeć piosenkę ,,Good morning” pochodzącą z musicalu Deszczowa piosenka. Reżyser polskiej wersji językowej, zdecydował się jednak na puszczenie oczka w stronę fanów polskich komedii i postanowił, aby Jerzy Stuht, podkładający głos pod Osła, zaśpiewał: ,, Cześć, cześć i czołem. Pytacie skąd się wziąłem”. Co w oczywisty sposób nawiązuje do Wesołego Romka z Misia Stanisława Barei. A wy? Czy uważacie tę zmianę na lepsze? Napiszcie w komentarzu.

                Ostatni przykład pochodzi z filmu o dwóch siostrach, z których jedna ma moce, niczym Królowa Śniegu z baśni Andersena. Wiecie o czym mówię? Tak, to Kraina Lodu (część pierwsza, tak tylko dodam). Mniej więcej w połowie filmu, możemy obejrzeć scenę, w której to Anna i Kristoff wchodzą do pewnego sklepu. Sprzedawcą w nim jest mieszkaniec gór, który w oryginalnej wersji jest typowym Bawarczykiem. Natomiast w polskiej, możemy usłyszeć polskiego górala, który mówi gwarą. A sami główni bohaterowie nazywają go bacą.




Jak zawsze mam nadzieję, że zaciekawiłem was trochę tematem i sami będziecie dalej drążyć temat. I poszukiwać wiedzy. I pamiętajcie, nie zawsze dubbing jest zły. Najlepiej obejrzeć film w wersji oryginalnej oraz w polskiej wersji i wtedy ocenić. Możemy wtedy spojrzeć na niektóre sceny z innej strony. Zapraszam do kulturalnej dyskusji w komentarzu.

sobota, 29 lutego 2020

Muzyka filmowa i jej istota


Muzyka filmowa, aspekt bez którego większość produkcji straciło by swój charakter. Wielcy kompozytorzy, którzy wespół z reżyserami tworzą dzieła sztuki. O tym chciałbym dzisiaj z wami porozmawiać. Początki muzyki filmowej, sięgają czasów, kina niemego. Wtedy taper, grający na pianinie, nadawał brzmienie filmowi. W bogatszych kinach, muzyczny koloryt nadawały orkiestry kameralne, a czasami nawet symfoniczne. Utwory do tych filmów, od początku tworzyli znani i cenieni kompozytorzy tacy jak Sergiusz Prokofiew, albo Dymitr Szostakowicz, ale nie tylko. Dzisiejsza muzyka filmowa to w większości odmiana muzyki współczesnej oraz muzyki z epoki klasycyzmu i epoki romantycznej. Często, utwory chcące nawiązywać klimatem do fabuły filmu zawierają różne stylizacje. Na przykład filmy o Afryce, będą zawierać tradycyjne dźwięki ludów tego kontynentu. Filmy westernowe, może pianinko prosto z salonu. Wszystko według wizji kompozytora. Dla mnie ideałem twórcy muzyki filmowej jest John Williams, jego uwertury możemy usłyszeć w takich filmach jak Indiana Jones, Gwiezdne Wojny czy nawet Harry Potter. 

Jego brzmienia, towarzyszą również atakom rekinów z filmów Szczęki. Każdy utwór inny, ale równie magiczny. Innym również bardzo dobrym kompozytorem jest Hans Zimmer, autor między innymi ścieżki dźwiękowej do Piratów z Karaibów. 
Ale oprócz tych dwóch panów, jest rzesza innych godnych twórców, których uwertury robią niezwykłą robotę w filmach. I bez których te dzieła nie były by takie same. Polscy mistrzowie to między innymi Wojciech Kilar (,,Ziemia obiecana”, ,,Pan Tadeusz”),
 Jan A.P. Kaczmarek (,,Marzyciel” – Oscarowa ścieżka dźwiękowa). Nie zagłębiam się za bardzo w biografię tych kompozytorów, w moim artykule, bo nie to mam na celu. Aczkolwiek są to bardzo barwne postaci. Natomiast ja chciałbym tylko zaciekawić was tematem i zachęcić do poznania tego ciekawego tematu, jakim bez wątpienia jest muzyka filmowa.  A o kim waszym zdaniem zapomniałem? Napiszcie w komentarzu.

                      https://www.antyradio.pl/

Figurki Pop! Vinyl- hit czy kit


Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o figurkach, które zawładnęły światem popkultury, jak i portfelami wielu ludzi na całym świecie. Mianowicie figurkami Pop! Vinyl. Są to kolekcjonerskie licencjonowane wyroby (w większości), które przedstawiają różne postaci. Bohaterów filmów, książek, gier, jak i prawdziwego życia. Wśród figurek firmy Funko, możemy znaleźć autorów książek, takich jak George R.R. Martin, gwiazdy kina, na przykład Marilyn Monroe, a nawet gwiazdy piosenki, jak Freddie Mercury. Ale też Tonego Starka, pana Spocka czy Harley Quinn.                                                                                    




Firma, która stworzyła owe figurki, powstała w roku 1998. Twórca Mike Becker, na samym początku, chciał stworzyć mały zakład, który miał tworzyć stare zabawki, zdobywające dużą popularność pod koniec XX wieku, jednak wyszło jak wyszło. Teraz żaden poważny, międzynarodowy konwent, nie odbędzie się bez prezentacji nowych figurek Funko. Na każdej większej popkulturowej imprezie, możemy znaleźć hordy charakterystycznych pudełek, okupujących stanowiska sprzedawców. Figurki Pop! Vinyl, są jednak dosyć kontrowersyjnym produktem, mimo tego, że są zwykłymi zapychaczami półek, co prawda ładnymi, ale zawsze. Wiele ludzi, nie lubi produktów firmy Funko, za ich specyficzny wygląd. Oczywiście rozumiem to, w końcu głowa dwa, a może i trzy razy większa od ciała nie jest naturalnym wyglądem postaci. Dużo osób jednak, próbuje obrzydzić innym wydawanie swoich pensji na urocze bobbleheady,a to już nie jest takie fajne. Ale niestety nic nie poradzę. Mogę was tylko poprosić, żebyśmy my wierni fani popkultury, nie psuli innym pojmowania jej na swój własny sposób. Niech każdy będzie członkiem naszej społeczności tak jak sobie wymyśli. Mam nadzieję, że zaciekawiłem was tematem. Zapraszam do poszerzenia go w odmętach internetu. W komentarzu możecie napisać, czy lubicie figurki Funko oraz jakie postaci posiadacie. Do zobaczenia.
źródło zdjęć: https://popvinyl.pl/


środa, 26 lutego 2020

Tym razem przedstawię wam recenzję filmu, który mi się średnio podobał. Również sprzed roku.

,,Byłem wczoraj na seansie Shazam! reżyserii Davida F. Sandberga. Film mnie nie zafascynował. Niektóre sceny dobrze się oglądało, ale niestety nie mogę tego powiedzieć o całym filmie. Fabuła opierała się na chłopcu, który zgubił mamę i szuka jej od 10 lat. Ciągle ucieka od rodzin zastępczych i sprawdza każdą kobietę o nazwisku, które zapamiętał z dzieciństwa. Pewnego razu znowu zmienia miejsce zamieszkania i trafia do domu w którym jest pełno adoptowanych dzieci.  Billi(tak ma na imię główny bohater) nie ufa nikomu, dlatego również nie darzy zaufaniem nikogo z nowej rodziny. Następny dzień jest jednak dla niego bardzo niezwykły, ponieważ….. Mimo że film mi się nie podobał i nie polecam go, to nie będę nikomu zdradzał reszty. Bill kiedy był w ciele super bohatera zachowywał się głupkowato i nie przekonuje mnie to że był nastolatkiem. Rozumiem niektóre jego wybryki, które goszczą często w głowach młodych ludzi. Ale nie umiejętność zagrania dorosłego,  to chyba trochę przesada.  Główny antagonista, był moim zdaniem barwną postacią i dobrze odegraną. Film może miał być familijny i pokazywać, że rodzina jest najważniejsza. Ale jeżeli, tak to niektóre sceny chyba nie podchodziły pod kategorię family friendly (np. odgryzanie głowy, przez jeden z grzechów głównych). Gdybym miał zdecydować pod jaką kategorię wiekową podczepić ów film to bym chyba nie dał rady. Jak rozmawiałem na temat Shazam! z moim kolegą, z którym byłem na seansie, to uznałem że w sumie nie ma co się dziwić, w końcu film jest od DC. Moja ocena to 4/10.


Pamiętajcie, że to jest moja ocena, moje zdanie. Każdy ma prawo do swojego i to jest właśnie najpiękniejsze."


Dzisiaj mam dla was recenzję Avengers: Endgame spoilerową jak i te bez istotnych faktów, ale myślę że już każdy kto chciał zobaczyć film to go widział. Recenzja pochodzi tradycyjnie sprzed około roku.

Recenzja Avengers :Endgame vol. 1 (bez spoilerów)

,,Witajcie. Byłem dzisiaj na Avengers : Endgame (posłużę się angielską wersją tytułu, ponieważ uważam że polskie tłumaczenie to żart) i powiem wam, że bardzo cieszę się, że to zrobiłem, mimo iż były pewne minusy. Ale o tym później. Najpierw o plusach. Niektóre sceny filmu powodowały u mnie uczucie szczęścia. Ale gdyby nie muzyka (skomponowana przez Alana Silvestriego), szczególnie muzyczny temat Avengersów, to uczucie nie byłoby pełne. Film jest pełen nawiązań do innych dzieł Marvela jak również do naszego świata. Jednym z nich jest pojawienie się bardzo znanej gry…, obejrzyjcie a dowiecie się jakiej. Dzieło braci Russo ma piękne efekty specjalne, jak również niesamowite ujęcia natury i dzieł ludzkich rąk. Mimo to w połowie (tylko, albo aż)  filmu byłem trochę znudzony. Może to wina długości filmu, choć trzy godziny to nie jest dużo więcej od wcześniejszych produkcji studia Marvel(od ok. 2h 20 min, do 2h 55 min). Oprócz tego moim zdaniem fabuła, w niektórych miejscach, nie miała do końca sensu. Mimo to jestem pełen podziwu dla twórców. I zapraszam do obejrzenia tego filmu wszystkich fanów popkultury, tych co znają filmy Marvela, jak i tych co dopiero zaczną przygodę z nimi. Chodź polecam zaznajomić się najpierw z innymi filmami, aby wiedzieć co się dzieje na ekranie. Moja ocena to 8/10."


 !Spoilery!
,,Moi drodzy. Wnoszę, że skoro to czytacie. To już widzieliście najnowszych Avengersów. Mimo że nie ma was, czyli fanów mojej strony, na razie dużo. Proponuję, abyście napisali swoje wrażenia w komentarzu. Może jacyś odważni się znajdą. Albo tacy, którzy nie zgadzają się ze mną. Jak już mówiłem to tylko moje zdanie.
Nie chcę się za dużo rozwodzić na temat filmu, sami go widzieliście i sami możecie ocenić. Powiem tylko, film jest naprawdę dobry. Mimo to chciałbym zwrócić uwagę na niektóre elementy. Lubię Marvela, ale nie jestem jego wielkim fanem. Nigdy nie czytałem komiksów. A moją wiedzę czerpię tylko i wyłącznie z filmów, które nie wszystkie widziałem. Moim zdaniem sensu nie miał za bardzo fakt iż Stev Rogers podniósł Mjolnir(a w sumie złapał).  Proszę was jak. To że ktoś ma w żyłach ,,wzmocnioną” krew, nie czyni go bogiem. Dłużyły mi się sceny na statku Thanosa. Dla całej fabuły miały duże znaczenia. Ale one same nie były zbytnio ciekawe. Podobnie sceny na Vormirze. Tak przykro mi z powodu śmierci Czarnej Wdowy, zginęła w słusznej sprawie, ale moim zdaniem inaczej mogłaby ta scena wyglądać. Może przejdę teraz do pozytywów. Kiedy powrócili bohaterowie. Kiedy otworzyły się portale. A dodatkowo usłyszałem muzykę(świetnie dobraną), to czułem jedno uczucie, uczucie szczęścia. Kiedy wszyscy i  ci co przeżyli, i  ci co powrócili z zaświatów stanęli do ostatecznej bitwy przeciwko Thanosowi i jego wojskom, czułem szczęście. Ta scena to było to na co wszyscy czekali. Inną piękną sceną był pogrzeb Starka, pogrzeb na który przyszło całe ,,uniwersum”, no może prawie całe. Najazd kamery na wszystkich uczestników,  a na końcu na samego Furiego. Coś pięknego. Pozwólcie że wrócę jeszcze do środka, nie dam rady wszystkiego dzisiaj skomentować, ale chciałbym jeszcze zwrócić wam uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza, to powrót Korga i Mieka, który spodoba się wielu osobom, np. mojemu bratu. Natomiast druga to spotkanie Starka Juniora i Starka Seniora- ,,pogodzenie” się Tonego z jego ojcem i pożegnanie. To co widzieliśmy i w Wojnie Bohaterów i w innych filmach. Żal Iron Mana za to, że nie mógł się pożegnać z rodzicami,  a głównie z tatą. Za to, że jego ostatnie spotkanie z nim zakończyło się kłótnią. A i ostatnia rzecz (cóż miały być dwie,  ale co tam, koniec gry nie zdarza się często-zaszalejmy), mianowicie sam fakt przenoszenia się w czasoprzestrzeni. Za sam pomysł należą się oklaski- Avengers i podróż w czasie, nikt by się nie spodziewał- a jeszcze większe brawa należą się za wykonanie tego pomysłu w nieoklepany sposób. Coś pięknego!"


poniedziałek, 17 lutego 2020

Kiedy się pojawiłaś (pierwsza recenzja)

 ,,Z okazji dnia kobiet (zorganizowanego GŁÓWNIE przeze mnie, wiem jestem skromny 😂 ), uczestniczyłem w seansie filmu ,,Kiedy się pojawiłaś", reżyserii Petera Hutchginsa. Film przedstawia koniec życia młodej dziewczyny, u której stwierdzono raka. W ostatnich chwilach towarzyszy jej chłopak (Asa Butterfield: Jacob z ,,Osobliwego domu Pani Peregrine”, Ender z ,,Gry Endera), o skłonnościach hipochondrycznych, którego uczy jak żyć . Maisie Williams (Arya Stark z ,,Gry o Tron) która wcielała się w główną bohaterkę , w bardzo oryginalny i niesamowity sposób zagrała nieuleczalnie chorą, ale pełną życia młodą kobietę. Film jest pełny pięknych, głębokich ujęć. Miłych dla ucha utworów. Wątków romantycznych, wzruszeń. Jak i humoru, który odgrywa znaczną rolę w tym dziele. Film jest obrazem młodzieńczego świata, zestawionego ze śmiercią. Walką młodości i radości, z chorobą. ,, Kiedy się pojawiłaś” bardzo mi się podobał, mimo że sprzęt kinowy lekko szwankował podczas seansu. Na szczęście nie przeszkodziło mi to w odbiorze sztuki. Moja ocena to 8/10."

poniedziałek, 10 lutego 2020

Skok Millenium



(recenzja powstała rok temu)

Oprócz filmowych recenzji, zamierzam też wstawiać moją opinie o książkach. Na pierwszy ogień idzie dzieło znanego w świecie Gwiezdnych Wojen pisarza Timotiego Zahna. Ojca admirała Thrawna i Mary Jade. Ale dzisiaj nie o nich. Wczoraj skończyłem czytać to dzieło i postanowiłem że wam je zrecenzuję.

           Skok Millenium jest 383 stronnicową powieścią. Wydarzenia przedstawione w książce mają miejsce, niedługo po bitwie o Yavin. Zniszczenie Gwiazdy Śmierci i planety Alderaan, jak i sama bitwa o Yavin są wielokrotnie wspominane przez bohaterów. Książka przedstawia gangsterski świat w uniwersum Star Wars. Główni bohaterowie to Han Solo i Chewbacca oraz Lando Calrissian. Oprócz nich, pojawiają się też nowe postaci, o różnych charakterach i zdolnościach. Wszyscy oni są potrzebni, aby wykraść bogactwa z sejfu szefa sektora Czarnego Słońca, Avraka Villachora. To zadanie brzmi jak samobójstwo… poprawka ono jest samobójstwem. Ale Han Solo zawsze wyciąga zwycięską kartę, a może nie w tym przypadku? Zobaczcie sami.  Zapraszam was do przeczytania książki ,,Skok Millenium” Timotiego Zahna.
Moja ocena to 7/10.

Zamieszczone zdjęcie pochodzi z okładki portugalskiego wydania książki.

Z okazji tak aktywnego udziału Brie Larson we wczorajszej gali Oscarów, opublikuję moją starą recenzję filmu Capitan Marvel, w którym owa aktorka grała tytułową rolę. (Recenzja została napisana niedługo po premierze filmu)

,,Dzisiaj uczestniczyłem w seansie filmu Kapitan Marvel. 


 Przygoda rozpoczęła się jak zwykle wstawką Marvela, zmodyfikowaną nieco na cześć pewnej postaci… nie, nie zdradzę wam jakiej(mimo że pewnie wiecie).  Film opowiadał historię kobiety, oszukanej przez los. Kobiety walecznej, która może pokonać Thanosa. Bohaterki granej przez Brie Larson , która nie pamiętała swojej przeszłości.  Oprócz niej ważną rolę w filmie pełni też Nick Fury (niezawodny Samuel L. Jackson) oraz przesłodki kotek Goose, który też potrafi zadziwić. Dzieło Anny Boden i Ryana Flecka, jest pełne nawiązań do innych filmów z uniwersum. Mogliśmy się dowiedzieć jak Nick Fury stracił oko, lepiej zobaczyć świat Kree, spotkaliśmy również Ronana i żołnierza Kree który wyśmiewał przydomek Star Lorda (na początku Strażników Galaktyki). W filmie brakowało kiczu, którego jest, niestety pod dostatkiem w wielu filmach DC. Jeden tylko moment był dla mnie lekko przesadzony, może podczas seansu domyślicie się jaki, dlatego taka ocena. Efekty specjalne były na wysokim poziomie, a anarchiści i fabuła jak zwykle bardzo dobra. Spędziłem miłe popołudnie z tym filmem i oceniam go na 7."

Moja recenzja jest dosyć chaotyczna, bo pod wpływem emocji, wybaczcie.